Romantyzm (2): Słowo i czyn

Dyskusje nad dziewiętnastowiecznymi powstaniami polskimi trwają do dzisiaj. Trwają też kontrowersje. Żywotność tej problematyki jest znamienna i budująca. Póki kłócimy się o wiek XIX, póty żywe i ważne są dla nas rzeczy fundamentalne, otwarte są pytania, na które odpowiadać trzeba zawsze na nowo, a rodzaj odpowiedzi kształtuje jednocześnie formację duchową narodu i jego indywidualnych składników, warunkuje postępowanie, wyznacza cele. To wówczas dokonano podstawowych rozróżnień między narodem a społeczeństwem, ojczyzną a państwem i wyciągnięto z nich najdalej idące konsekwencje. To wówczas narodził się problem: być podmiotem czy przedmiotem historii. To wówczas zespoliły się myśli i czyny, by rozstrzygać, jak ocalić ojczyznę.

Są tacy, którzy powątpiewają w sens powstań narodowych. Arsenał argumentów jest bogaty: wykrwawienie narodu, zniszczenia, sankcje, tragedie całych rodzin, utrata ostatnich swobód i resztek autonomii, rosnący ucisk zaborcy. Wszystko to prawda.

„Gdybanie” nie należy do poważnych zajęć historycznych, ale raz zaryzykujmy i zastanówmy się, co by mogło być, gdyby nie powstania. Nie ma rzeczy groźniejszej niż przyzwyczajenie. Przyzwyczajenie stanowi zgodę na istniejącą sytuację. W powstaniach ginęły tysiące patriotów, ocalając przed zgubą naród. Nie doszło do przyzwyczajenia do stanu niewoli. Dzięki powstaniom pozostawanie w niewoli nigdy nie uzyskało statusu n o r m y, normą była wolność, o nią się dobijano. Niewola odczuwana jako jarzmo, stan nienormalny, stawała się jednocześnie stanem mniej lub bardziej t y m c z a s o w y m. Blisko półtorawiekowa niewola nie unicestwiła świadomości narodowej oraz po¬czucia przynależności do jednego pnia między ziemiami rozdrapanymi w trzy różne strony.

Trudno rozdzielać zasługi między czyny a słowa. Jedno jest pewne, nie było wydarzeń i postaw rzeczywistych, których nie było w literaturze tego okresu, nie było słów, których nie przekuto w czyny, ani czynów, które nie wcieliły się w słowa i rymy.

„Mit bohaterski romantyzmu okazał się najbardziej trwałym polskim mitem. Mimo wszystkich zaprzeczeń i oskarżeń, mimo wszystkich negacji romantycznego pozerstwa i romantycznego gestu, romantycznego „pięknego umierania” i romantycznego kabotynizmu, romantyzm wychodził i wychodzi z tych opresji w zupełnie dobrym stanie. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź prawdopodobnie tkwi w historii, która stała się częścią teraźniejszości, w trwałym uformowaniu polskiej mentalności jako „romantycznej”. Nie przypadkiem popularne wyobrażenie o Polakach i wśród nich samych, i wśród narodów świata przedstawia ich ciągle jeszcze jako „romantyków”. Otóż, jak się wydaje, ta pol¬ska „romantyczność” polega przede wszystkim na określonym s t y l u p a t r i o t y z m u, u k s z t a ł t o w a n e g o p r z e z l i t e r a t u r ę.” (Maria Janion)

***

W listopadowy wieczór 1850 roku osiemnastu młodych ludzi zaatakowało Belweder, siedzibę ks. Konstantego, brata carskiego. Dla nas, którzy znamy dalszy przebieg wypadków, nie wydaje się to aktem jakiejś szczególnej odwagi. Ale w rzeczywistości, głównym atutem tych młodzieńców był patriotyczny zapał, który zgodnie z literacką obietnicą, miał czynić cudy. Kogo mieli po swojej stronie, dokładnie nie wiedzieli, mieli się dopiero przekonać. Dokładnie za to wiedzieli, kto był ich przeciwnikiem. Proporcje w ten listopadowy wieczór układały się następująco: grupka zapaleńców i największa potęga militarna ówczesnego świata – Rosja. (Atmosferę tej chwili poddał wnikliwej analizie Andrzej Kijowski w eseju „Listopadowy wieczór”.)
Zapaleńcy ruszyli ulicami miasta, by budzić je do życia. Jeden z belwederczyków, Seweryn Goszczyński opisał ten moment: „Wkroczyliśmy wreszcie na Nowy Świat. Była to część miasta zamieszkana najwięcej przez wyższych oficerów i urzędników moskiewskich. Weszliśmy jakby w pustkę, jakby w atmosferę grobu. Żadnego ruchu, żadnego życia, domy pozamykane, okna podobnież. Na próżno wołamy: do broni! Bijemy we drzwi i okiennice kolbami karabinów, żaden głos, żaden ruch życia nie odpowiada. Smutek, oburzenie, w końcu pewna wściekłość opanowuje nasz oddział. Wchodzimy na Krakowskie Przedmieście. Oblicze i atmosfera ta sama. Jakby sen zaklęty ogarnął wszystkich, a my jedni żyjący, samotni na tym cmentarzu.” Podchorążych czekało jeszcze jedno ogromne rozczarowanie – postawa polskiej generalicji. W tę noc listopadową, zamiast strzelać wyłącznie do Rosjan, musieli młodzi powstańcy strzelać do swoich dowódców, do polskich generałów.

Niewiele czasu potrzebowało przyzwyczajenie, by zebrać antynarodowe żniwo. Część społeczeństwa już znalazła się w letargu, w wiernopoddańczej apatii. Na szczęście nieduża. Kilkadziesiąt tysięcy warszawiaków wsparło podchorążych. Pospólstwo od kilkunastu tygodni chłonące chciwie odgłosy wrzenia z całej Europy, a zwłaszcza z Belgii, której sytuację utożsamiano z polską, czekało tylko na sygnał do zrywu o niepodległość.

Aż do końca powstania listopadowego prawem kontrastu będą występować te dwie różne postawy: apatyczna, ugodowa i patriotyczna, bohaterska. Przykłady: ludność Warszawy manifestuje swą radość z wybuchu powstania, a Rada Administracyjna już nazajutrz wydaje odezwę, w której nawołuje do spokoje i porządku oraz nazywa wypadki minionej nocy „smutnymi i niespodziewanymi”. Izba poselska sejmu jednomyślnie uznaje „rewolucję za narodową”, a następnie ogłasza detronizację Mikołaja I, zaś przywódcy narodowi ślą posłów do cara, by uzyskać jego przebaczenie. Żołnierze dają w walkach dowody ofiarności i bohaterstwa, generalicja zaś czyni wszystko, by nie zaszkodzić specjalnie armii rosyjskiej.
Niestety, rząd nad Polakami dostał się w ręce chwiejne i kunktatorskie, opanowały go umysły letnie (nadto przebiegłe lub nierozumne). Decydowali ludzie, którzy nie potrafili zrozumieć wagi tej chwili, ani wykorzystać potencjału narodowych emocji.

Za to literatura tego okresu była wyłącznie gorąca. Już z samej wieści o wybuchu powstania zrodziła się entuzjastyczna pieśń, która sławą miała niemal dorównać „Mazurkowi Dąbrowskiego”, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości razem z „Rotą”, „Mazurkiem” i „Boże coś Polskę” brana była pod uwagę przy wyborze hymnu narodowe¬go. Francuski tekst „Warszawianki” Delavigne’a przełożył Karol Sienkiewicz do muzyki Karola Kurpińskiego. „Tryumf albo zgon” tak brzmiała alternatywa zawarta w pieśni. „Warszawianka” wzywała do walki wszystkich Polaków – „Hej, kto Polak, na bagnety! Żyj, swobodo, Polsko żyj!” – imię Polaka czyniła imieniem zobowiązującym do walki o ojczyznę. Ta pieśń nie wyraża nadziei i wiary w odrodzenie Polski, ta pieśń żąda wolności, wymusza nową rzeczywistość, kreują ją gorącymi słowy.

Atmosfera tych dni zawładnęła wszystkimi młodymi umysłami. Rodziła się twórczość, pisana w nowych okolicznościach, na biwaku, po potyczce, z nagłego impulsu, przelotnej refleksji. Juliusz Słowacki napisał wtedy „Kulik”, gorący apel do broni z odwołaniem do tradycji szlacheckiej, z tak istotnymi dla niej elementami ludycznymi. Prze¬de wszystkim zasłynął jednak „Hymnem”, który, wydrukowany po raz pierwszy 3 grudnia 1830 roku, miał w czasie powstania listopadowego aż 16 przedruków.
„Bogarodzico! Dziewico!
Słuchaj nas, Matko Boża,
To ojców naszych śpiew.
Wolności błyszczy zorza,
Wolności bije dzwon,
Wolności rośnie krzew.
Bogarodzico!
Wolnego ludu śpiew
Zanieś przed Boga tron.”

Olbrzymią popularność „Hymnu” tłumaczy zakorzenienie w tradycji. Utwór ten wywołuje w pamięci starodawną pieśń bojową „Bogurodzicę”, pierwszy polski hymn narodowy (już w „Pieśni konfederatów barskich”, najwcześniejszych bojowników o niepodległość, istniało to nawiązanie do „Bogurodzicy”).

Słowo ważne było wtedy na równi z czynem. Nie mogło być między nimi sprzeczności. Walkę bagnetem i piórem toczono równolegle i toczyli ją ci sami ludzie, żołnierze-poeci. Dlatego z oburzeniem zareagowano na wyjazd Słowackiego z powstańczej Warszawy. To było sprzeniewierzenie. I mówiąc o postawach patriotycznych tego okresu, nie zapominajmy, że tak to traktowano. Inny poeta, Stefan Garczyński, który nie lękał się spełniać obowiązku żołnierskiego wobec ojczyzny, w ostrych wierszach potępił ucieczkę Słowackiego.

„Nie uciekanie z kraju, gdy inni się biją,
Nie przenoszenie nosem współbliźnich zaletą,
Kto chce dziś wiersze pisać, kto zostać poetą,
Ten niech nie będzie Mnichem, Arabem – lub Żmiją.
Polakiem trzeba zostać, Polakiem jedynie!
Zresztą nie rym gładzony do serc dzisiaj kluczem:
Będziemy poetami, kiedy się nauczem
czuć prawdę – pisać prawdę – i stwierdzać ją w czynie.
Ty rzuć pióro, twym zimnym nie poruszysz słowem.
Matka Boska w śmiech parschła, gdyś Hymn pisał dawny.”

Jeszcze ostrzejszych słów potępienia doczekał się za postawę w okresie powstania Adam Mickiewicz, z ust Gosławskiego, żołnierza i poety w jednej osobie. Już sam tytuł wiersza – „Do Adama Mickiewicza bawiącego w Rzymie podczas wojny narodowej” – zawierał osąd moralno – patriotyczny. Słowa te dotyczyły przecież człowieka, którego twórczość przedpowstaniowa była strawą duchową dorastającej pierwszej generacji romantyków. Z wierszy Mickiewicza czerpali spiskowcy siłę i zapał, pobierali nauki patriotyczne, dowiadywali się na przykładzie „Konrada Wallenroda”, jaką cenę przychodzi płacić za oddanie życia sprawie narodowej. „Tutaj każdy Wallenrodem” – rzucił teraz w twarz Mickiewiczowi Gosławski. Literatura wcieliła się w życie, nadszedł kres rozumianej po staremu fikcji literackiej, dla Wallenrodów zaś nad¬szedł oczekiwany czas czynów jawnych. Rozczarowanie postawą Mickiewicza było wielkie. I długo wieszczowi tego nie darowano:
„Jeśli padniem pod gruzami
Wieszczu! wtedy w dniach boleści
Niewart grobu dzielić z nami
Kto nie dzielił krwie i części!”

A przecież po stokroć okazał się jeszcze wart owego wspólnego grobu narodowego.

***

Powstanie trwało dopiero drugi miesiąc, kiedy sformułowano Akt Jedności, który uznawany jest za pierwszą zapowiedź wychodźstwa. Dkument ten został wyłożony do podpisywania „przez wszystkich Ojczyznę i cnotę kochających Polaków”, a czytamy w nim: „W tak ważnej dla Polski chwili uznaliśmy więc za powinność ustąpić raczej z ziemi naszej lub zginąć, niż ujrzeć w niej zwycięskiego nieprzyjaciela”. Nie minęło wiele miesięcy i kilka tysięcy Polaków musiało podjąć taką decyzję. Znakomita większość wybrała emigrację, odrzucając amnestię wydaną przez Mikołaja I (car wyłączył zresztą spod amnestii bezpośrednich sprawców Nocy Listopadowej, członków rządu, posłów głosujących za detronizacją cara, uczestników zaburzeń 15 sierpnia oraz powstańców pochodzących z Litwy, Wołynia i Podola, czyli wcale pokaźną grupę osób).

Jak oblicza się dzisiaj, na emigracji znalazło się 8 do 9 tysięcy Polaków (razem z tymi, którzy byli poza Francją, Anglią, Belgią czy Szwajcarią). Liczba to niezbyt imponująca, a jednak nazwano tę emigrację Wielką. Wielkość owej emigracji mierzy się bowiem jej siłą intelektualną, moralną i patriotyczną. Spełniała nader ważną rolę: „Wielka Emigracje w pewnym sensie wykonywała liczne funkcje nie istniejącego państwa polskiego. Była ona ewenementem nie tylko w dziejach Polski, lecz także w historii Europy i świata.” – napisał badacz jej dziejów. Rozwinięto wtedy koncepcje historiozoficzne i idee, które udowadniały, iż fakt życia narodu nie jest tożsamy z bytem państwowym, przeciwstawiały egzystencję duchową rzeczywistości politycznej. W najpełniejszym kształcie znajdziemy te idee w dziełach Karola Libelta, w artykule „O posłannictwie dziejowym narodów” oraz w rozprawie „O miłości ojczyzny”. Wykładał tam autor: „Aby na¬ród mógł wolę swoją objawić, a zatem, aby mógł zostać państwem, trze¬ba mu bytu politycznego, na nim, jak na podstawie wznosi się gmach państwa. Bez bytu politycznego nie ma państwa, ale bez bytu politycznego jest ojczyzna i ta to ogromna jest różnica między ojczyzną i państwem. Już zatem tu przeczuwamy, na co by się dawniej z nami mało kto był zgodził, że ojczyzna wyższą jest ideą, niżeli idea państwa.”

Wielka Emigracja tętniła życiem. Wydawano kilkanaście czasopism, drukowano wspomnienia powstańców. Jest pewien znamienny rys, wspólny dla wszystkich pamiętników tego okresu. Otóż nigdzie nie powątpiewa się w słuszność i konieczność wybuchu powstania. Kłócono się o decyzje, konkretne posunięcia militarne, postawę tych czy innych osób, nie podważając sensu powstańczego zrywu. Najwięcej ataków kierowano w stronę osób zasiadających w rządzie i generalicji powstańczej. Obóz Czartoryskiego bronił się, zarzucając brak koncepcji samym inicjatorom powstania, z podchorążym Wysockim na czele. Prawdą jest, że podchorążowie przygotowali się wyłącznie do rozpoczęcia powstania, licząc, że władzę nad narodem przejmie któryś z obdarzonych powszechnym szacunkiem Polaków i poprowadzi zaczęte przez nich dzieło. Oceniając postawę podchorążych z punktu widzenia taktyki, strategii czy polityki, możemy zarzucić im popełnienie kardynalnego błędu. Jeśli zaś przyjmiemy perspektywę moralno-patriotyczną, stwierdzimy u tych młodych ludzi najwyższe oddanie sprawie narodowej, czystość intencji patriotycznych, zupełny brak koniunkturalizmu i fałszywych ambicji. Dzieła swego dokonali, myśląc wyłącznie o Polsce, ryzykowali życie, nie pragnąc żadnych osobistych korzyści.

Pamiątka Nocy Listopadowej była największym świętem emigracyjnym. W dniu 29 listopada odbywała się msza z udziałem wszystkich poróżnionych stron tułaczej wspólnoty, a później wspólny wieczór, na którym wspominano, planowano, improwizowano wiersze. Spora część literatury romantycznej, tworzonej na emigracji, poświęcona była postaciom bojowników z 1831 roku, tym, którzy ponieśli bohaterską śmierć wtedy i tym, którzy umierali teraz, często w osamotnieniu i nędzy. Poświęcili im utwory najwybitniejsi. Mickiewicz napisał „Śmierć pułkownika” i „Redutę Ordona”, Norwid „Bema pamięci żałobny rapsod”, Słowacki „Pogrzeb kapitana Meyznera” i „Sowiński w okopach Wo¬li”. Ten ostatni utwór jest szczególnie przejmujący, chociaż stylizowany na prostą opowieść żołnierską, nie zawiera ani jednej metafory:
„Choćby nie było na świecie
Jednego już nawet Polaka,
To ja jeszcze zginąć muszę
Za miłą moją Ojczyznę,
I za ojców moich duszę
Muszę zginąć… na okopach
Broniąc się do śmierci szpadą
Przeciwko… wrogom ojczyzny…”

Słowa te przypominają przesłanie „Mazurka Dąbrowskiego”: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”, ale są jednocześnie ich ostateczną konsekwencją. „My” zastąpione zostało przez „ja”. Życie na¬rodu stało się zależne nie tylko od całej zbiorowości polskiej, wszystkich Polaków, ale od zachowania pojedynczego Polaka. Odpowiedzialność moralno – patriotyczna spadła na barki jednostki.

U romantyków następowała – jak pisze Maria Janlon – identyfikacja z ojczyzną, dokonywało się skrajne uwewnętrznienie patriotyzmu. Postępowało ono etapami, co wyraziła literatura tego okresu. Pierwszy etap – przedpowstaniowy – stanowił „Konrad Wallenrod” („Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie”), drugi, związany z powstaniem, poznaliśmy teraz, w trzecim etapie uwewnętrznienie patriotyzmu zapisane zostało w sposób artystycznie najdoskonalszy — w wielkim dramacie romantycznym.

Ewa Starosta, „Fakty” 1982 r.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s