Wypowiedzi posła Pawła Olszewskiego są aż do bólu przewidywalne, bazujące ciągle na tym samym schemacie.
Wśród bydgoskich polityków jest kilku, którzy wyróżniają się specyfiką swoich wypowiedzi. Na pewno pierwsze miejsce należy się Janowi Rulewskiemu. Jestem przekonana, że, o ile to jeszcze nie nastąpiło, powstaną prace magisterskie poświęcone obrazowemu językowi, jakiego używa pierwszy przewodniczący „S” w Bydgoszczy. To dla lingwisty wielka gratka. Poseł Eugeniusz Kłopotek słynie z mówienia prosto z mostu, bez owijania w bawełnę. Bardzo wycyzelowane językowo są wystąpienia Kosmy Złotowskiego. Widać od razu, że mamy do czynienia z magistrem filologii polskiej.
Najczęściej jednak w programach telewizyjnych i radiowych słyszymy wypowiedzi sekretarza klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, posła Pawła Olszewskiego. Gdy przyjrzymy się bliżej jego wypowiedziom, stwierdzimy bez trudu, że nie dotyczą one w ogóle meritum sprawy. Jedynym ich celem wydaje się zdyskredytowanie politycznego przeciwnika.

Więcej

Napisali o mnie

Posted: 17 sierpnia, 2011 in "Bydgoska ośmiornica 3"

Zdzisław Pruss, Ludzki odruch drapieżnika
Trzeci tom Bydgoskiej ośmiornicy okazał się o wiele bardziej drapieżny niż dwa poprzednie razem wzięte. Tym razem Ewa S. zrównała z ziemią prawie wszystkich lokalnych dziennikarzy i wdeptała w glebę większość regionalnych polityków. Szczęśliwcem, który uszedł z życiem, a nawet pod niebiosa wyniesiony został, jest Tomasz Hellen (primo voto Gąska, nota bene – małżonek), który zdaniem autorki jest „najporządniejszym facetem, jakiego w życiu spotkała”.

15 kwietnia br. nastąpiło ogłoszenie wyroku w sprawie z powództwa Tomasza Jarmolińskiego przeciw wojewodzie kujawsko-pomorskiemu. Przypomnę, że dwa lata temu wojewoda Rafał Bruski odwołał go ze stanowiska wojewódzkiego komendanta Państwowej Straży Rybackiej, a Jarmoliński wystąpił na drodze sądowej o odszkodowanie za nieuzasadnione odwołanie. Sąd we wszystkim przyznał powodowi rację. Wojewoda kujawsko-pomorski musi wypłacić Jarmolińskiemu 15 tys. zł, o odsetkach nie wspominając. Wyrok jest prawomocny. Ciekawe, ile z pieniędzy podatników przyjdzie zapłacić Bruskiemu tym pracownikom, których zwolnił, kiedy został prezydentem Bydgoszczy. Czy znowu sąd uzna, że powody zwolnień były tak naciągane, iż bardziej już nie można?

Przypomnę teraz fragment „Bydgoskiej ośmiornicy 3”, w której opisałam nieprzyzwoite postępowanie wojewody Bruskiego i jego prawej ręki – dyrektora Baranowskiego – wobec komendanta Jarmolińskiego:

Inny paragraf znaleziono na wojewódzkiego komendanta Państwowej Straży Rybackiej, Tomasza Jarmolińskiego.
W lipcu 2008 r. wezwał go wicewojewoda Dariusz Kurzawa. W spotkaniu uczestniczył też ówczesny dyrektor Wydziału Środowiska, Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Andrzej Baranowski. Jarmoliński otrzymał wtedy kuriozalne polecenie. Jak poinformował go Kurzawa, wojewoda obiecał wspomóc policję wodną, która operuje na Gople, i zaopatrzyć ją w dodatkowe paliwo. Ponieważ nie może tego uczynić wprost, znalazł następujące rozwiązanie. Na konto PSR zostanie przekazane 6 tys. zł. Komendant posterunku Straży w Kruszwicy ma kupować na rachunek PSR paliwo, a tankować będą policyjne motorówki.
Jarmoliński osłupiał. Reprezentant rządu w terenie namawia go popełnienia przestępstwa! Zaczął tłumaczyć wicewojewodzie, że nie może tego zrobić, bo byłoby to okradaniem jednostki, którą kieruje i nie widzi do tego podstawy prawnej. Kurzawa kazał wtedy uczestniczącemu w spotkaniu dyrektorowi znaleźć podstawę dla takich działań, a Jarmolińskiemu dał do zrozumienia, że poniesie konsekwencje, jeśli nie wykona polecenia, które wyniknęło przecież z obietnicy wojewody. Następnie Baranowski wręczył mu pismo, podpisane przez dyrektor Wydziału Finansów i Budżetu UW:
„Uprzejmie informuję, że Wojewoda Kujawsko-Pomorski decyzją z dnia 18 lipca 2008 r. nr WFB.I.3011-30/08 zwiększył plan wydatków budżetowych na 2008 r. w: dz.050- Rybołówstwo i rybactwo, rozdz. 05003, § 4210 o kwotę 6000 zł z przeznaczeniem na zakup paliwa do łodzi służbowych.”
Od tamtego dnia Baranowski zaczął telefonicznie przynaglać Jarmolińskiego do wykonania polecenia wojewody, a ten niezmiennie odpowiadał, że nie może tego uczynić. Ktoś (Baranowski?) wykombinował sobie, że pewnie komendant zmięknie, jeśli będzie miał podkładkę na piśmie, uzasadniającą przesunięcie środków budżetowych do Kruszwicy, bo Jarmoliński otrzymał z Wydziału Finansów i Budżetu UW kolejne pismo:
„W uzupełnieniu do zawiadomienia znak WFB. I.3011-3011-30/08 dotyczącego zwiększenia planu wydatków budżetowych jednostki na 2008 r. o kwotę 6 000 zł z rezerwy, której dysponentem jest Wojewoda Kujawsko-Pomorski informuję, iż celem powyższego zwiększenia, zgodnie z wnioskiem Wydziału Środowiska, Rolnictwa i Rozwoju Wsi było sfinansowanie zakupu paliwa do łodzi służbowych Państwowej Straży Rybackiej – Oddział w Kruszwicy.”
Jarmoliński złapał się z głowę. Od stycznia do sierpnia łódź (tylko jedną ma ten posterunek) PSR z Kruszwicy zużyła benzynę za nieco ponad 1.600 zł, a przez pozostałe cztery miesiące roku miałaby zużyć paliwo za sześć tysięcy zł. Uznał, że musi powiadomić o tym absurdzie wojewodę Bruskiego. Wysłał więc pismo, które wpłynęło do Gabinetu Wojewody 18 września 2008 r.:
„Uprzejmie informuję, że zawężenie sfinansowania zakupu paliwa jedynie do silnika łodzi służbowej posterunku Państwowej Straży Rybackiej w Kruszwicy nie daje możliwości realizacji wydatkowania przyznanej kwoty zgodnie z jej celem. Ponadto nadmieniam, iż do dnia 31 sierpnia br. całkowity koszt paliwa zakupionego do silników wszystkich posterunków PSR wyniósł 6.889 zł , z czego na posterunek w Kruszwicy wydatkowano 1.635 zł.”
Wojewoda – jako były pracownik UKS – powinien dostrzec, że ten przekręt wyłapałaby z łatwością każda kontrola. Tymczasem wojewoda nie odpowiadał na pismo, a Baranowski nie ustawał w telefonowaniu do Jarmolińskiego, dzwonił także do jego przyjaciółki .
7 października 2008 r. komendant ponownie napisał do wojewody, przypominając mu, że trzy tygodnie wcześniej wysłał do niego pismo, na które nie doczekał się odpowiedzi. Bruski jednak milczał, jak zaklęty. Jarmoliński zrobił więc to, co każdy porządny urzędnik zrobić powinien. Odesłał pieniądze do Urzędu Wojewódzkiego.
W grudniu 2008 roku doszło do przedziwnej sytuacji. Marszałek województwa, przewodniczący sejmiku oraz wojewoda zaprosili najważniejszych urzędników i samorządowców regionu na spotkanie opłatkowe. Jako wiceprzewodnicząca Rady Miasta Bydgoszczy też dostałam zaproszenie, otrzymał je także komendant PSR. Pojechał na to spotkanie i nawet przełamał się opłatkiem z wojewodą Bruskim. Następnego dnia zadzwonił do Jarmolińskiego dyrektor Baranowski: – Jakim prawem uczestniczyłeś w spotkaniu opłatkowym?! – Dostałem zaproszenie – usłyszał w odpowiedzi. – Natychmiast mi je przynieś! – zażądał Baranowski. Komendant się zdziwił. Nie podlegał przecież służbowo dyrektorowi Wydziału Środowiska, Rolnictwa i Rozwoju Wsi, lecz jedynie wojewodzie. Zareagował więc spokojnie: – Proszę o wydanie tego polecenia na piśmie.
Baranowski poczuł, że przegrzał, a przy najbliższym spotkaniu wyjaśnił Jarmolińskiemu, że wykonywał polecenie wojewody. Interesujące. Na zaproszeniu, które otrzymał komendant PSR, figurował przecież podpis Bruskiego.
Krnąbrnego komendanta należało ukarać. W styczniu 2009 roku pojawili się w siedzibie Straży kontrolerzy z Urzędu Wojewódzkiego. Szukali nieprawidłowości. I znaleźli jedną, baardzo poważną. Księgowa otrzymywała dodatek funkcyjny, a nie powinna go dostawać. Okazało się, że kiedy podpisywano z nią umowę o pracę, czyli 7.02. 2000 roku, dodatek jej przysługiwał, ale z wydanego dwa miesiące później rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie zasad wynagradzania pracowników nie będących członkami korpusu służby cywilnej wynikało, że głównym księgowym dodatek funkcyjny się nie należy.
Jeśli jednak ktoś nie zastosował się do tego rozporządzenia, to z całą pewnością nie był tą osobą Jarmoliński, gdyż został on komendantem w grudniu 2006 roku. Żądać respektowania tej regulacji należało od poprzednich szefów PSR. Zresztą pewną ciekawostką jest, że w czasie, gdy Jarmoliński kierował Strażą, odbyło się kilka kontroli: Państwowej Inspekcji Pracy, Komendanta Wojewódzkiego Policji, ale również Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego. Nie stwierdzono wtedy żadnych poważnych nieprawidłowości. Ale celem tamtych kontroli nie było szukanie haków na Jarmolińskiego.
Kiedy szef Straży dowiedział się od kontrolerów UW, że pobory księgowej są niewłaściwie naliczane, natychmiast zmienił jej umowę o pracę. Po konsultacji z radcą prawnym, uwzględnił późniejsze zarządzenie Rady Ministrów, które mówiło, że pracownicy tracący dodatek powinni o tę kwotę mieć podwyższoną pensję i podpisał z księgową aneks, zgodnie z którym 250 zł, stanowiące dotychczas dodatek funkcyjny, wchodziło w skład płacy zasadniczej. Tak więc zarabiała dotychczas 2300 zł i nadal miała tyle zarabiać.
16 marca Jarmoliński otrzymał protokół kontroli, którego nie podpisał z uwagi na dużą ilość uzasadnionych zastrzeżeń do jego treści, ale w piśmie do wojewody ustosunkował się do niego. Nie otrzymał na nie odpowiedzi. 6 kwietnia dostał natomiast pismo, podpisane przez wicewojewodę: „Zawieszam Pana w czynnościach Komendant Straży Rybackiej na okres trzech miesięcy. Przyczyną zawieszenia są nieprawidłowości finansowe i rozliczeniowe, niewykonywanie zaleceń pokontrolnych. Przeciwko Panu złożono też wniosek o wszczęcie dalszych stosownych postępowań.”
Szkopuł w tym, że Jarmoliński żadnych wniosków i zaleceń pokontrolnych nie otrzymał. Powtórzę, bo to wyjątkowe kuriozum, nawet jak na urząd dziwnych kroków: zawieszono w czynnościach komendanta za niewykonanie zaleceń, których nie otrzymał. Zresztą nawet gdyby je dostał, to, zgodnie z przepisami, miałby czas na ich wykorzystanie i wykonanie, zazwyczaj daje się na to 30 dni. Przypomnę, że protokół komendant otrzymał 16 marca.
9 kwietnia nadeszła wreszcie odpowiedź wojewody Bruskiego. Napisał: „Pana obowiązkiem od dnia 28 grudnia 2006, tj. od kiedy powołany został Pan na stanowisko Komendanta Wojewódzkiego Państwowej Straży Rybackiej było prawidłowe ustalenie i wypłacenie wynagrodzeń podległym pracownikom, które musiały być zgodne z obowiązującymi w tamtym czasie przepisami prawnymi.”
To prawda. Ignorantia legis excusat neminem. Ale pracodawcy, którzy zastosowali się do zarządzenia Rady Ministrów w roku 2000, nie chcieli uszczuplać niezbyt wysokich poborów wykwalifikowanego personelu i zabierając dodatek, powiększali o tę kwotę płacę zasadniczą. Te praktykę usankcjonowało zresztą później inne zarządzenie Rady Ministrów.
Tymczasem wojewoda zawyrokował, że komendant powinien wycofać dodatek, a od księgowej zażądać zwrotu sumy , którą od 2000 roku pobierała i odprowadzić te pieniądze do budżetu państwa.
„Nie wypełniając tych obowiązków dopuścił Pan do uszczuplenia środków budżetu państwa o kwotę nienależnie wypłacanego dodatku funkcyjnego.”
To smutne, że urzędnik wysokiego szczebla, podpisuje takie pisma. Roszczenia wobec pracowników przedawniają się po trzech latach, a nawet gdyby takiego przepisu nie było i Jarmoliński zażądałby od księgowej zwrotu kwoty dodatku od 2000 roku (250 zł pomnożone przez 12 i pomnożone przez 6 daje 18 tysięcy zł), z łatwością wygrałaby sprawę w Sądzie Pracy. Nie pobierała tych pieniędzy samowolnie, tylko na mocy umowy o pracę. Jeśli pracodawca niewłaściwie ustalił wysokość i składniki jej wynagrodzenia, to jego zmartwienie.
Opierając się na wynikach kontroli, które stwierdzały „nieprawidłowości finansowe i rozliczeniowe”, następca Jarmolińskiego na stanowisku komendanta PSR zwolnił dyscyplinarnie księgową . Odwołała się do sądu. 30 września 2010 roku zapadł wyrok. Sąd nakazał przywrócić ją do pracy.
W marcu 2009 roku dyrektorem generalnym urzędu uczynił wojewoda nie kogo innego jak opisanego wyżej Andrzeja Baranowskiego. A już w kwietniu, nie czekając aż upłynie trzymiesięczny okres zawieszenia w czynnościach, Bruski odwołał komendanta PSR. Jarmoliński wysłał wtedy skargę do MSWiA. Po kilku tygodniach otrzymał odpowiedź: „ocena legalności odwołania Pana ze stanowiska Komendanta Wojewódzkiego Państwowej Straży Rybackiej należy do sądu powszechnego”. Przygotował więc pozew, a ponieważ wszyscy prawnicy, z którymi się konsultował, uważali, że naciski Baranowskiego były podżeganiem do popełnienia przestępstwa, złożył w Prokuraturze Rejonowej Bydgoszcz Północ zawiadomienie o dokonaniu czynu niezgodnego z prawem:
„Pan Andrzej Baranowski, obecny Dyrektor Generalny Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy, działając wspólnie i w zmowie z innymi osobami dokonał czynu niezgodnego z prawem, mianowicie:
Wykorzystując swoje stanowisko służbowe usiłował zmusić mnie (Komendanta Państwowej Straży Rybackiej), bym złamał prawo tj. kwotę 6000 zł przyznaną przez Wojewodę Kujawsko-Pomorskiego zwiększającą budżet Państwowej Straży Rybackiej przeznaczył na cele niezgodne z działalnością statutową Straży. Usiłował wymusić na mnie następujące działania:
1. Za otrzymane środki budżetowe miałby nastąpić zakup paliwa (benzyna, niby do silników łodzi służbowych PSR) – oczywista – na rachunek PSR.
2. Nabyte w ten sposób paliwo tankowane byłoby do jednostek obcych, nie należących do PSR, co jest niezgodne z obowiązującymi przepisami prawa.
Proszę o podjęcie stosownych działań.”
Co zrobiła prokuratura ? Wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu.
No pewnie, Baranowski nie trzymał noża przy gardle, tylko mówił Jarmolińskiemu, czym pachnie nie spełnianie życzeń wojewody. Z dokumentów nie wynikało, że paliwo miało trafiać do innej jednostki budżetowej. A to, że łódź straży rybackiej miała, z woli wojewody, wykorzystać trzy razy więcej benzyny niż to możliwe w godzinach pracy w ogóle prokuratury nie dziwiło. Baranowski spadł na cztery łapy.

W maju br. Andrzej Walkowiak pojawił się na procesie z powództwa Konstantego Dombrowicza przeciw blogerowi, Tomaszowi Mazurowi. Został wezwany na świadka przez pozwanego. Pełnomocnik powoda, mecenas Witold Burker, zażądał odebrania od posła przysięgi, że będzie mówił prawdę, a następnie zapytał Walkowiaka, czy zna pozwanego Mazura. Oto odpowiedź posła, znajdująca się w protokole rozprawy: „Ja nie znam pozwanego, nigdy się z nim nie spotkałem. Znam go jedynie z fotografii. Przynajmniej nie pamiętam, że go kiedyś poznałem. Nie pamiętam, abym spotkał się z pozwanym albo z nim rozmawiał. Ja nigdy nie widziałem strony internetowej prowadzonej przez pozwanego. O konflikcie dowiedziałem się z mediów.”
Odświeżmy pamięć bydgoskiemu parlamentarzyście, który znany jest głównie z tego, że ciągle zmienia szyld partyjny (sześć lat w polityce, cztery partie).
We wrześniu 2005 roku bydgoski oddział TVP wspólnie z lokalnym dodatkiem „Gazety Wyborczej” przygotował program pt. Ring wyborczy. Każdy z zarejestrowanych komitetów wyborczych mógł wystawić jednego zawodnika. Ich wiedza sprawdzana była najpierw przy pomocy pisemnego testu. Ośmiu polityków z najlepszymi wynikami spotykało się następnie parami w bezpośrednich starciach. Pojedynki rozgrywano wprawdzie na ringu bokserskim, ale walczono wyłącznie na celne trafienia słowne. Zawodnicy byli wspomagani w narożnikach przez wybranych przez siebie sekundantów. Prawo i Sprawiedliwość reprezentował w tym programie Andrzej Walkowiak, który przybywał do studia ze swoim sekundantem. W jednej walce towarzyszył mu Tomasz Markowski, w drugiej walce doradzał mu w narożniku…Tomasz Mazur.
Krzywoprzysięstwo (zwane też fałszywymi zeznaniami) – przestępstwo skierowane przeciwko wymiarowi sprawiedliwości , polegające na zeznawaniu nieprawdy lub zatajaniu prawdy przy składaniu zeznań mających służyć za dowód w postępowaniu sądowym lub w innym postępowaniu prowadzonym na podstawie ustawy (art. 233 § 1. K.k.). Przestępstwo stanowi występek zagrożony karą pozbawienia wolności do lat 3. Warunkiem odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań jest, aby przyjmujący zeznanie, działając w zakresie swoich uprawnień, uprzedził zeznającego o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznanie lub odebrał od niego przyrzeczenie. (art. 233 § 2. K.k.).

Tym razem Marcin Kowalski z bydgoskiego dodatku „Gazety Wyborczej” będzie odpowiadał z powództwa cywilnego. Chodzi o artykuł „Bydgoska Watergate – podsłuchy u wojewody” z czerwca 2010 roku, w którym naruszone zostały dobra osobiste byłej dyrektor generalnej Urzędu Wojewódzkiego, Aleksandry Plucińskiej.
Pierwsza rozprawa odbyła się 11 maja br.

Przetarg ogłoszony w 2010 roku przez ADM wygrała firma droższa o kilkaset tysięcy zł od konkurentów. A nie tak miało być. Dla kierownictwa tej spółki miejskiej najważniejsze było kryterium cenowe. Zamówienie publiczne na „Wybór usługodawcy w zakresie utrzymania czystości budynków, podwórzy, chodników, placów, oraz utrzymanie czystości i pielęgnacja terenów zielonych w nieruchomościach gminnych zarządzanych przez Administrację Domów Miejskich ADP sp. z o.o. w Bydgoszczy”, powinno więc trafić do oferenta najtańszego. Dlaczego wybrano firmę znacznie droższą?

W przetargu liczyły się dwie spółki: gdyńska CleanUp24 i Impel Clearing z Wrocławia, której pełnomocnictwo na Bydgoszcz posiadała Romualda Bruska, bratowa świeżo wybranego prezydenta miasta. Kierując się kryterium cenowym, 17 grudnia 2010 roku komisja przetargowa wybrała pierwszą firmę , a wtedy druga odwołała się do Krajowej Izby Odwoławczej. Wrocławska spółka zarzuciła zwycięzcy przetargu, że nie wniósł wymaganego wadium, więc powinien zostać wykluczony.
Spółka CleanUp24 wniosła wadium w formie gwarancji ubezpieczeniowej, wystawionej przez Polskie Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. oddział w Częstochowie. Gwarant zobowiązał się do nieodwołalnej i bezwarunkowej zapłaty kwoty wadium, jeżeli wykonawca, którego oferta została wybrana : „spowodował, że zawarcie umowy w sprawie zamówienia publicznego stało się niemożliwe z przyczyn leżących po stronie wykonawcy”.
Impel wskazał w odwołaniu, że zapis ten jest niezgodny z treścią art. 46 ust.5 pkt 3 ustawy Prawo zamówień publicznych, gdyż nie powinno w nim występować słowo „spowodował”. Na próżno prawnicy ADM, CleanUp24 oraz PTU dowodzili, że najważniejsze jest sformułowanie, które występuje w obu zapisach, a mianowicie : „stało się niemożliwe z przyczyn leżących po stronie wykonawcy”, gdyż z niego wynika przecież, że wyłoniony wykonawca musi coś uczynić, a więc spowodować taki efekt, który uniemożliwi zawarcie umowy. Krajowa Izba Odwoławcza uznała, że obowiązkiem gwaranta było wystawienie gwarancji wiernie cytującej przepis ustawy, a skoro tego nie uczynił, wadium nie zostało wniesione prawidłowo, w związku z tym należało odrzucić ofertę spółki z Gdyni. Wyrok KIO zapadł 5 stycznia 2011 roku, a jego następstwem było podpisanie przez ADM umowy z firmą Impel Clearing z Wrocławia.

Pod koniec stycznia został nagle odwołany ze stanowiska prezesa ADM Nikodem Łada, a jego miejsce zajął Cezary Domachowski, kolega Rafała Bruskiego z klubu brydżowego BTG.
Dlaczego nastąpiła tak szybka wymiana prezesa? Zanim odbyło się zebranie rady nadzorczej w sprawie udzielenia absolutorium zarządowi!
W lutym Łada zamierzał skorzystać z zapisów umowy, pozwalających na jej wypowiedzenie, i podziękować spółce Impel, chyba że byłaby skłonna do renegocjacji warunków i zejścia z ceną za wykonywaną usługę. Czy został zwolniony, żeby udaremnić ten zamiar? Rodzą się też inne pytania. Czy nowy prezes ma zamiar dbać o interes ADM? Jeśli tak, to czy wypowiedział umowę spółce Impel?
Kto podpisał umowę w imieniu wrocławskiej firmy? Jeśli Romualda Bruska, to rodzą się pytania z kręgu konfliktu interesów. Stuprocentowym właścicielem ADM jest miasto, jednoosobowo decyzję o składach rad nadzorczych spółek komunalnych podejmuje prezydent, czyli obecnie Rafał Bruski, a rady wybierają władze spółek. Prezydent ma więc bezpośredni wpływ na to, kto zarządza miejskimi firmami. Jeżeli bratowa Bruskiego jest szefową bydgoskiego oddziału spółki Impel Clearing , to w realizując warty kilka milionów zł kontrakt będzie prowadziła działalność zarobkową na majątku komunalnym.
Z bratową ma prezydent Bydgoszczy kontakt codzienny, ich mieszkania sąsiadują o ścianę, mieszkają w bliźniaku na Osowej Górze.

Polityka uprzejmości

Posted: 22 kwietnia, 2011 in "Bydgoska ośmiornica 4"

Wiadomo, że Donald Tusk, przy ścisłej współpracy ze Stefanem Niesiołowskim, konsekwentnie wciela w życie politykę miłości, ale bydgoscy działacze Platformy Obywatelskiej dopiero się wprawiają. Prezydent Bydgoszczy ćwiczy się na razie w polityce uprzejmości. Przede wszystkim wobec kobiet.

Sesje Rady Miasta powinny się zaczynać o godzinie 9.00, ale nigdy to się nie udaje. Zanim wszyscy zasiądą na swoich miejscach, przywitają się z innymi, wymienią uwagi, mija kilkanaście minut, więc otwarcie sesji następuje zazwyczaj z kwadransem poślizgu.
Przed styczniową sesją Felicja Gwincińska zobaczyła idącego korytarzem prezydenta Bruskiego i podeszła do niego, żeby umówić się na rozmowę. Pan prezydent łaskawie przystanął, spojrzał na zegarek i oświadczył : – Jest 9.06, pani radna, a ja się nigdy nie spóźniam. Co powiedziawszy, wszedł do sali sesyjnej. Sesja zaczęła się o 9.15.

Uprzejmy jest także obecny prezydent miasta wobec swojego poprzednika. Na początku grudnia minionego roku Konstanty Dombrowicz wysłał do wielu osób i instytucji podziękowania za ośmioletnią współpracę. W Niemczech panuje obyczaj, że na takie listy się odpowiada. Zdziwienie mógł jednak budzić fakt, że odpowiedzi napłynęły po blisko dwóch miesiącach. Ale sprawa się wyjaśniła. Kiedy były prezydent pod koniec stycznia otrzymał list z Wilhelmshaven, znalazł w nim zaklejoną kopertę zaadresowaną: Urząd Miasto Bydgoszcz, Pan Konstanty Dombrowicz, Jezuicka Street, 85-102 Bydgoszcz, Polen, a na nim adnotację „zwrot – nie pracuje”. Oberbürgermeister Eberhard Menzel doskonale wie, że w bydgoskim Ratuszu doszło do zmiany władzy. Zaadresował więc swój list nie do prezydenta Dombrowicza, ale do pana Dombrowicza. Był najwidoczniej przekonany, że nie sprawi żadnych kłopotów przekazanie go adresatowi. Tymczasem otrzymał list z powrotem. Urzędnicy nadburmistrza Wilhelshaven okazali się sprawniejsi od służb obecnego prezydenta Bydgoszczy i podjęli skuteczne starania o ustalenie prywatnego adresu Konstantego Dombrowicza, więc list, zawierający uznanie dla jego osiągnięć („Może Pan z dumą spoglądać na swoją uwieńczoną sukcesami pracę”), choć z opóźnieniem dotarł do jego rąk.

Były prezydent otrzymał też inne listy z Niemiec. Również z opóźnieniem. Ilma Samel, przewodnicząca Bidegast-Vereinigung, napisała: „W grudniu przesłałam Panu na adres Ratusza załączone życzenia bożonarodzeniowe . Niestety, mój list wrócił do Kelkheim z adnotacją „adresat nieznany”. Również pani Samel udało się to, co dla podwładnych prezydenta Bruskiego było za trudne, a mianowicie ustaliła prywatny adres Konstantego Dombrowicza.
Obawiam się, że Niemcy mogą dojść do przekonania, że bydgoskiemu magistratowi daleko do europejskich standardów.

Swoistą uprzejmość okazuje też prezydent Bruski podwładnym. Kiedy Nikodem Łada wrócił do pracy po 30-dniowym zwolnieniu lekarskim, czekało na niego wypowiedzenie. Ale tę informację ukryto przed byłym prezesem ADM. Miał udać się do lekarza i przynieść zaświadczenie o zdolności do wykonywania obowiązków pracowniczym. Łada poszedł więc do przychodni i po wystaniu paru godzin w kolejkach wrócił do Ratusza ze stosownym zaświadczeniem. Wtedy dostał wypowiedzenie.
Uprzejmość prezydenta objawia się bowiem w ten sposób, że zwalnia jedynie zdrowych pracowników. Chorym mogłaby taka przykrość zaszkodzić.

W listopadzie 2006 roku spora grupa osób pod wodzą Jana Rulewskiego pojawiła się na pierwszej sesji nowo wybranej Rady Miasta, podczas której miało nastąpić zaprzysiężenie radnych, w jednym tylko celu: żeby zaprotestować przeciw obecności w klubie radnych lewicowych byłego SB-eka. Protesty były daremne. Marek Jeleniewski nie widział powodu, dla którego miałby zrezygnować z mandatu. Został przecież wybrany w demokratycznych wyborach. Rulewski mógł jedynie głośno wyrażać swoje niezadowolenie.
Minęło pięć lat. Prezydentem Bydgoszczy jest od kilku miesięcy Rafał Bruski z Platformy Obywatelskiej, a przewodniczącym Rady Miasta Roman Jasiakiewicz, który został radnym z listy PO. Panowie ci umyślili sobie, że uroczystą sesję Rady Miasta, która odbędzie się w najbliższą środę z okazji 665 urodzin Bydgoszczy, uświetni swoim wystąpieniem były SB-ek, Marek Jeleniewski. Zna on dobrze historię grodu nad Brdą , zwłaszcza jeden jej wycinek. Jest przecież autorem pracy o znamiennym tytule „Antysocjalistyczna działalność bydgoskiego ośrodka jezuitów w latach 1981-1984”. Napisana została w 1985 r. w Wyższej Szkole Oficerskiej im. F. Dzierżyńskiego w Legionowie. Temat pracy był związany z zarobkową działalnością Jeleniewskiego. W latach 1985-1988 pracował w Departamencie IV Służby Bezpieczeństwa, zajmującym się inwigilacją i zwalczaniem Kościoła.
Obecnie Jan Rulewski ma łatwiejsze zadanie. Jest przecież senatorem PO, więc może wykonać parę telefonów do kolegów klubowych i poprosić, by wybili z głów nowym włodarzom miasta niestosowne pomysły.
Parlamentarzyści otrzymali zaproszenie na uroczystą sesje Rady Miasta. Czy senator Rulewski zamierza je przyjąć i wysłuchać w nabożnym skupieniu wykładu Jeleniewskiego?

Przed wyborami 2002 roku powiedziałam podczas publicznej dyskusji, że kandydaci na prezydenta miasta powinni ujawnić swój majątek, a zwłaszcza źródło jego pochodzenia. Chodziło mi przede wszystkim o Romana Jasiakiewicza, bo doliczyłam się w jego zasobach czterech domów: dwóch w Bydgoszczy i dwóch na Wybrzeżu, chyba w Sopocie. Dziennikarze natychmiast pobiegli do Jasiakiewicza, a ten oświadczył, że nie ma żadnych domów w Sopocie. Oczywiście nie wspomniał, że posiada dwa domy w Gdyni.
Kiedy przegrał w drugiej turze wyborów, jego ówczesna koleżanka partyjna, Grażyna Ciemniak, uznała, że przyczyną klęski był fakt nieujawnienia przez Jasiakiewicza majątku. W końcu jednak zmusiły go do tego zaostrzone przepisy antykorupcyjne. W 2003 roku weszła w życie ustawa zobowiązująca radnych do składania oświadczeń majątkowych, a Jasiakiewicz przegrał wprawdzie z Dombrowiczem wybory prezydenckie, ale dostał się do Rady Miasta Bydgoszczy.
Wiele osób było ciekawych, cóż takiego były prezes WFOŚ ma na stanie, skoro tak wielki opór budzi w nim ujawnienie majątku. Z doniesień prasowych wynikało, że w międzyczasie, za 450 tys. zł, sprzedał swój dom w Bydgoszczy przy ulicy Byszewskiej Budlexowi (spółka zbyła go później za 250 tys. zł), ale kupił segment w Warszawie (bo jego dzieci gdzieś musiały przecież mieszkać w czasie odbywania studiów). Mówiło się też o domu w Borach Tucholskich. Co natomiast wynikało z oświadczenia Jasiakiewicza, złożonego w kwietniu 2003 roku? Wynikało, że były prezydent Bydgoszczy posiada dom z lokalem o powierzchni 108 m. kw., dom szeregowy o powierzchni użytkowej 191 m. kw. wraz z 235 m. kw. gruntu, segment mieszkalny o powierzchni 270 m. kw wraz z 221 m. kw. gruntu oraz niezabudowaną nieruchomość o powierzchni 4259 m. kw., nabytą w 1997 roku od Gminy Chojnice.
Te same informacje znalazły się w oświadczeniu majątkowym wiceprzewodniczącego Rady Miasta, Romana Jasiakiewicza, złożonym w 2004 roku. Zabrakło natomiast informacji, ile są warte posiadane przez niego nieruchomości, mimo że w formularzu znajduje się wymóg podania ich wartości. W wykropkowanych miejscach, poprzedzonych słowami „ o wartości:”, Jasiakiewicz wpisywał „nie wiem”.
Swoje oświadczenia majątkowe radni przekazują przewodniczącemu Rady Miasta, a funkcję tę w latach 2002-2006 pełniła Felicja Gwincińska. Pani przewodnicząca skierowała więc do radnego Jasiakiewicza pismo, zwracające mu uwagę na braki w jego oświadczeniu, a on jej odpisał:

„Szanowna Pani Przewodnicząca
W nawiązaniu do pisma z dnia 12 lipca 2004 r. w sprawie rzekomych nieprawidłowości w oświadczeniu majątkowym za 2003 r. podnoszę, co następuje:
Oświadczenie majątkowe złożyłem w terminie, przy dochowaniu należytej rzetelności i skrupulatności. Problem pojawił się niestety w punkcie II oświadczenia, gdzie nieprecyzyjny zapis oczekuje podania wartości nieruchomości. Przy najlepszej woli nie jestem w stanie odgadnąć intencji ustawodawcy o jaką wartość chodzi. Możemy mieć bowiem do czynienia np.:
1. z wartością (ceną) zakupu
2. z wartością (kosztami) budowy
3. z wartością rynkową (cena uzyskana ze sprzedaży)
4. z wartością ustaloną przez rzeczoznawców.

Więcej

To mi się podoba. Wczoraj napisałam, że wiceprezydent Markowski ujawnił wreszcie swoje dochody, które, narażając się na odpowiedzialność karną, przez dłuższy czas ukrywał i od razu iluminacji doznał drugi, zatajający dochody, zastępca prezydenta. Dzięki temu wiemy, że Sebastian Chmara zarobił w minionym roku jedynie 188 tys. zł.
Tym razem urzędnicy ratuszowi się sprężyli. Skorygowane oświadczenie złożył Chmara wczoraj, a już dzisiaj znajduje się ono na stronie internetowej Urzędu Miasta Bydgoszczy.
Zapyta ktoś, dlaczego bydgoskie media przez ponad dwa miesiące tolerowały zatajanie prawdy przez miejskich włodarzy. Odpowiedź wydaje się prosta. Patrzyć władzy na ręce mogą tylko niezależni dziennikarze.